loading...

Pod koniec lipca 1944 wyglądało na to, że III Rzesza znajduje się na krawędzi upadku. Wojska niemieckie ponosiły porażki na wszystkich frontach. Oznaki niemieckiej klęski były widoczne przede wszystkim w samej Warszawie.

Wśród Niemców w mieście szerzyła się panika, która osiągnęła punkt kulminacyjny w dniach 23–24 lipca. Ulicami stolicy wycofywały się na zachód resztki niemieckich oddziałów rozbitych na Białorusi. Wycofujący się sprawiali wrażenie pobitej armii. Szli, ciągnąc ze sobą łupy zagrabione w mijanych wsiach – krowy czy chłopskie furmanki zaprzężone w chude szkapy. Z miasta masowo uciekali też niemieccy cywile i folksdojcze. Ewakuowane były zakłady przemysłowe, urzędy i więzienia. Przestała się nawet ukazywać hitlerowska propagandowa prasa „gadzinowa”. Chaos w niemieckich szeregach skończył się 27 lipca. Niemcy zdołali powstrzymać panikę i bezładny odwrót. Do Warszawy, leżącej teraz na zapleczu frontu, w miejsce rozbitych jednostek skierowano karne wojsko.

Decyzja o wybuchu powstania

W polskich władzach w Londynie nie było jednomyślności co do sposobu realizacji akcji „Burza” czyli wybuchu powstania w kraju, w sytuacji załamania się niemieckiej obrony. Po tragicznej śmierci gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 roku nastąpiło rozdzielenie funkcji polskiego premiera i Naczelnego Wodza. Tym pierwszym został ludowiec Stanisław Mikołajczyk, drugim zaś zasłużony piłsudczyk, doświadczony woskowy ale i polityk gen. Kazimierz Sosnkowski. Niestety obaj przywódcy zaledwie się tolerowali i do tego mieli całkowicie odmienne spojrzenie na wybuch antyniemieckiego postania w sytuacji wkroczenia do Polski Armii Czerwonej.

W największym skrócie stanowisko gen. Sosnkowskiego charakteryzuje list do Mikołajczyka z grudnia 1943 roku: (…) powstanie zbrojne w Polsce we współdziałaniu z armiami sowieckimi musi być poprzedzone przez nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Sowietami (stosunki dyplomatyczne między Polską a ZSRR zostały zerwane po wykryciu grobów polskich oficerów w Katyniu w kwietniu 1943, przy czym rząd polski obstaje przy integralności granic wschodnich Rzeczpospolitej. Ponadto generał uważał, że aby zryw miał jakiekolwiek szanse powodzenia Armia Krajowa musi zostać najpierw dozbrojona, zaś moment rozpoczęcia walk trzeba starannie wybrać, ponieważ w innym wypadku: (…) próba powstania przerodzić się musi w rzeź masową ludności polskiej, zaś morze krwi przelanej nie da bynajmniej spełnienia polskich celów wojny.

Dla Mikołajczyka wizja wybuchu powstania w Polsce była natomiast głównie elementem nacisku na Stalina, była kartą przetargową, wręcz próbą szantażu wobec wschodniego satrapy. Już w październiku 1943 roku podczas rozmowy z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Antonym Edenem, jak napisał o tym Witold Babiński we wspomnieniach pt. „Przyczynki historyczne do okresu 1939-1945”: Mikołajczyk zwracał uwagę na groźbę faktów dokonanych ze strony Rosji i groził, że w obronie przed bezprawiem może w Polsce wybuchnąć powstanie przeciw Sowietom („najpierw przeciw Niemcom, później przeciw Sowietom”), a w takim wypadku rząd nasz udałby się z Londynu do Polski. Minister Eden wysoce zainteresował się sprawą zbrojnego powstania i dał do zrozumienia, że wykorzysta to jako argument do rozmów w czasie konferencji w Moskwie.

Na początku lipca 1944 premier Mikołajczyk zrobił ruch bez precedensu – bez uzgodnienia z rządem i naczelnym wodzem wysłał do kraju depeszę, w której jak twierdzi Babiński „dodał dłuższe wywody, nie tylko z Naczelnym Wodzem nieuzgodnione, ale stojące w sprzeczności z jego poglądem. Wywody te nie mogły być przez kraj zrozumiane inaczej jak tylko jako zachęta do powstania”. Depeszę Mikołajczyk zakończył tak: Czyście rozpatrzyli kwestię powstania na wypadek rozsypki Niemców, ewentualnie częściowego powstania, gdzie przed przyjściem Sowietów objęliby władzę: Delegat Rządu i Komendant AK?

Powyższe cytaty stawiają działania Mikołajczyka w kłopotliwym świetle. To wciąż jednak nic wobec tego, co wydarzyło się 26 lipca. Tuż przed swoim odlotem na negocjacje w Moskwie premier bez wiedzy prezydenta, rządu oraz Naczelnego Wodza skierował do kraju depeszę, która brzmiała: Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym. Jeżeli możliwe – powiadomić nas przedtem (cyt. za: Witold Babiński).

Ten samowolny dokument bezsprzecznie miał wielki wpływ na decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego. Wcześniej dla dowódcy AK i Delegata Rządu na Kraj wiążąca była „Instrukcja dla Kraju” z 27 października 1943 roku, na mocy której obowiązywała zasada: ocena możliwości […] należy do kraju; decyzja ostateczna i wybór momentu – do rządu. Zakazywała ona też, w przypadku nienawiązania oficjalnych stosunków polsko-sowieckich, współpracy z Sowietami i nakazywała pozostawanie władz podziemnych w kraju i AK w konspiracji, a w przypadku represji i ewentualnych aresztowań – przejście do samoobrony. Polecała także wzmożenie akcji sabotażowych i dywersyjnych przeciw Niemcom.

Tymczasem chyba trochę przestraszony swoim czynem Mikołajczyk 28 lipca przeforsował na posiedzeniu rządu w Londynie potwierdzenie treści wysłanej już depeszy uchwałą rady ministrów.

Depesza Mikołajczyka tylko wzmogła presję na dowództwo polityczne i wojskowe w kraju. Co więcej Delegat Rządu na Kraj Jankowski i gen. Bór-Komorowski uważali, że brak czynnika reprezentującego legalną władzę Rzeczypospolitej na terenach operowania wojsk sowieckich stworzy możliwość do zajęcia jego miejsca przez uległe Sowietom organizacje. Już w raporcie z 14 lipca 1943 gen. Bór-Komorowski meldował, że bezczynność AK na terenach zajmowanych przez wojska sowieckie byłaby szkodliwa, ponieważ „...nie byłoby wtedy przeszkody, aby upozorować wolę narodu polskiego stworzenia 17 republiki sowieckiej”. Po wymianie telegramów pomiędzy krajem a Londynem, rząd zgodził się ze stanowiskiem władz w kraju, a w przekazanej 12 lutego 1944 depeszy gen. Sosnkowski trochę skapitulował i napisał: „...rząd i ja sądzimy, że wola kraju stanowi czynnik, nad którym nie sposób jest przejść do porządku dziennego”.

21 lipca generał „Bór” wysłał do Londynu depeszę informującą o wydaniu rozkazu stanu czujności do powstania z dniem 25 lipca godzina 00.1, nie wstrzymując przez to dotąd wykonywanej „Burzy”. 25 lipca generał „Bór” poinformował o gotowości Armii Krajowej do przystąpienia do walki o stolicę. W tej samej depeszy poprosił też o skierowanie do Warszawy polskiej 1. Brygady Spadochronowej, a także o przeprowadzenie przez alianckie lotnictwo nalotów na niemieckie lotniska w pobliżu miasta.

26 lipca odbyła się odprawa Komendy Głównej AK. Wszyscy zebrani zgodnie stwierdzili, że względy polityczne nakazują podjęcie walki o Warszawę. Kontrowersje wywoływało tylko określenie momentu wybuchu powstania. Część oficerów była za dniem 28 lub 29 lipca, inni zalecali ostrożność. Dowódca wywiadu AK, pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. „Heller”, poinformował o koncentrowaniu się niemieckich oddziałów wokół Warszawy, w tym trzech dywizji pancernych. Jednocześnie pułkownik Antoni Chruściel ps. „Monter”, dowódca Okręgu Warszawskiego AK, zameldował stan bojowy podległych mu jednostek. „Deprymujące wrażenie” wywarła na zebranych informacja o mizernych zapasach broni i amunicji pozostających w dyspozycji oddziałów AK.

Jednak ani ten fakt, jak i przekazane 29 lipca dowódcy AK przez emisariusza z Londynu – Jana Nowaka-Jeziorańskiego, ostrzeżenie, że do Warszawy nie tylko nie zostanie skierowana polska brygada spadochronowa, ale nie ma również szans na znaczące zrzuty broni, nie zmieniły ogólnej decyzji o podjęciu walki z Niemcami, jeszcze przed wkroczeniem do Warszawy Rosjan. Tak więc, kiedy 31 lipca 1944 roku na naradę KG AK dotarł „Monter” – komendant Okręgu Warszawa AK pułkownik Antoni Chruściel, i poinformował zebranych, że Armia Czerwona wyzwoliła Radość, Miłosnę, Okuniew, Wołomin i Radzymin, a sowieckie czołgi były widziane na Pradze, gen. „Bór” po konsultacji z delegatem Jankowskim wydał płk „Monterowi” rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej w Warszawie następnego dnia, tj. we wtorek, 1 sierpnia 1944 r., o godz. 17.00.

Decyzja zapadła około godziny 18.00. Nie zmieniły jej informacje spóźnionych oficerów, którzy uzmysłowili „Borowi”, że sytuacja na froncie zaczęła się komplikować, a niemiecka panika w mieście została opanowana. Powiedzieli, że 31 lipca rozpoczął się niemiecki kontratak na przedmościu warszawskim. Z ich informacji wynikało, iż w rejonie Jabłonna-Wyszków koncentrowała się do bitwy niemiecka 19. Dywizja Pancerna, podczas gdy przedmoście trzymało się i nie było mowy o jego ewakuacji przez Niemców. Przybyły jako ostatni płk Pluta-Czachowski zameldował, że rozpoczęło się już niemieckie przeciwuderzenie z rejonu Modlina. W tych okolicznościach wkroczenie Armii Czerwonej mogło nie nastąpić tak szybko, jak wcześniej zakładano. Zdaniem „Bora” (inni uczestnicy narady już wyszli) było jednak za późno, aby odwołać powstanie bez narażania stołecznych struktur AK na chaos i dekonspirację.

Niestety nie znamy rzeczywistego przebiegu rozmów i prawdziwych intencji uczestników debat z dnia 31 lipca. Już po wojnie, we wspomnieniach czy wywiadach ich uczestnicy składali trochę sprzeczne oświadczenia. Generał „Bór” utrzymywał np. po latach, że: „Iranek-Osmecki po południu 31 lipca nic nowego do zameldowania nie miał i nic dodatkowego nie wniósł”, natomiast meldunek „Kuczaby” – oficera, w którego zakresie obowiązków nie znajdowały się zadania wywiadowcze – nie mógł być uznany za wiarygodny i nie miał tej samej wagi co meldunek „Montera”. Awansowany „za powstanie” do stopnia generała Antoni Chruściel twierdził po latach, że liczył na to, iż z chwilą rozpoczęcia walk wszystko pójdzie według naszych planów, to jest nie tylko nasza akcja wojskowa, ale i pomoc w zrzutach i bombardowanie przez lotnictwo z zagranicy. (...) Gdybym był wiedział, że w Londynie nic nie przygotowano zawczasu, moja postawa wobec perspektywy walki w stolicy byłaby na pewno negatywna.

Mnie osobiście bardzo dziwi krótki termin wybuchu powstania od momentu podjęcia decyzji o nim. Był on krótszy, bo 23-godzinny, niż przewidywał plan mobilizacji do powstania – stwierdza w swojej wspomnieniowej książce Stanisław Jankowski „Agaton” (Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie) – cichociemny, szef Wydziału Legalizacji i Techniki wywiadu AK. Główny „fałszerz” Warszawy napisał: Plan (…) przewidywał, że potrzeba co najmniej 36 godzin na przekazanie rozkazów, zebranie rozproszonych po mieście oddziałów AK, rozdanie broni. Ustalono również, że zaskoczenie przeciwnika, stanowiące jeden z głównych atutów powstańców, jest możliwe jedynie pod osłoną ciemności – więc szturm powinien odbyć się nocą.

Wszystko poszło inaczej.

Stosunek sił

W dniu wybuchy Powstania Warszawskiego, broni starczyło dla 70 plutonów o łącznej liczebności ok. 3500 żołnierzy. Biorąc pod uwagę, że w Warszawie było ok. 50 tys. zaprzysiężonych członków AK, oznaczało to, że już w fazie planowania zaledwie co czternasty żołnierz AK, zmobilizowany w godzinę „W” będzie uzbrojony. Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza. Jednak w lipcu 1944 roku – emocje w Warszawie sięgały zenitu. Żołnierze Państwa Podziemnego, którzy przez 5 lat okupacji przygotowywali się do otwartej walki z wrogiem niemal z bronią w ręku wyczekiwali rozkazu, chcąc wziąć odwet za „zbrodnie, mękę i krew”. Nikt nie liczył karabinów i mówiło się wręcz, że powstanie może wybuchnąć samoistnie, bez rozkazów z góry.

Do walki podjudzała również sowiecka propaganda. 21 lipca 1944 powstał w Moskwie tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, zdominowany przez komunistów oraz całkowicie podporządkowany Stalinowi. Informacja poszła w eter, a zarówno Rząd RP na uchodźstwie, jak i przywódcy Państwa Podziemnego uznali powstanie PKWN za wstęp do narzucenia Polsce komunistycznego rządu marionetkowego. Co więcej od 29 lipca radziecka radiostacja Kościuszko nadająca w języku polskim trzykrotnie wzywa ludność Warszawy do powstania, do wyjścia na ulice – Polacy! Armia Czerwona zbliża się do Warszawy. Stawajcie do broni, pomożemy wam.

O godz. 19.00 pułkownik „Monter” wydał rozkaz bojowy o treści: „Alarm, do rąk własnych Komendantom Obwodów. Dnia 31.7. godz. 19.00. Nakazuję „W” dnia 1.08. godzina 17.00. Adres m.p. Okręgu: Jasna nr 22 m. 20 czynny od godziny „W”. Otrzymanie rozkazu natychmiast kwitować. X”. W związku z tym, iż już od godziny 20.00 obowiązywała w Warszawie godzina policyjna (wcześniej była od godz. 21, zmieniona w lipcu decyzją władz okupacyjnych) rozkaz ten dotarł do łączniczek dopiero ok. 7 rano 1 sierpnia, a do adresatów jeszcze później. Brakuje czasu na wydobycie broni, dotarcie na miejsce zbiórki.

Dowódcy powstania dobrze zdawali sobie sprawę z ryzyka jakie niesie otwarta walka z Niemcami. Naprzeciw powstańców stały wyszkolone formacje niemieckie liczące w chwili wybuchu powstania tylko w lewobrzeżnej Warszawie 15-16 tysięcy, w tym 10-11 tysięcy żołnierzy lokalnego garnizonu pod dowództwem komendanta Warszawy gen. Reinera Stahela (m.in. ok. 5600–6000 żołnierzy Wehrmachtu, 4300 w jednostkach SS i policji oraz blisko 3 tys. żołnierzy naziemnej obsługi lotnictwa). Niemcy po pierwszym zaskoczeniu ściągnęli posiłki. Zasadnicze wzmocnienia przybyły już 3 i 4 sierpnia, skierowane do Warszawy przez Heinricha Himmlera. Były tam m.in. brygada szturmowa SS RONA (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armia) pod dowództwem SS-Brigadeführera Mieczysława Kamińskiego - 1700 ludzi, grupa policyjna SS-Gruppenführera i gen. por. policji Heinza Reinefartha (m.in. 16 kompanii policji i kompania SS), 608 pułk ochronny płka Schmidta i pułk SS „Dirlewanger” SS-Oberführera Oskara Dirlewangera (ok.900 esesmanów) z których sformowano specjalny 25 tysięczny korpus pod dowództwem SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bacha. Łącznie z garnizonem Warszawy i oddziałami przydzielonymi z 9 armii siły niemieckie wzrosły do ok. 50 tysięcy żołnierzy. Siły te miały pełne wsparcie artylerii, czołgów i lotnictwa. Nie brakowało im ani amunicji, ani paliwa, ani żywności.

Powstańcy teoretycznie mogli przeciwstawić im 50 tys. zaprzysiężonych członków AK. Niestety dla takiej rzeszy ludzi nie było broni. Na wiosnę 1944 roku w warszawskich magazynach było 2629 karabinów, 145 rkm, 47 lkm i ckm, 657 pistoletów maszynowych, 29 karabinów ppanc i PIAT-ów, 6 moździerzy, 10 granatników, 3 działka ppanc., 30 miotaczy ognia, 3846 pistoletów i rewolwerów, 43971 granatów ręcznych i 416 granatów ppanc. Broń pochodziła głównie z pobojowisk z września 1939 roku, z zakupów od na przykład Węgrów, kolaboracyjnych oddziałów wschodnich, a nawet Niemców, z produkcji własnej i w minimalnym stopniu ze zrzutów od aliantów. Warto tu powiedzieć, że przed wybuchem powstania od aliantów warszawski okręg otrzymał tylko 281 pistoletów Colt, 255 pistoletów maszynowych, 23 rkm Bren.

Pośpieszna mobilizacja uszczupliła osobowe i materiałowe zasoby powstańców. Na zbiórki w godzinę „W” dotarło ok. 25 tys. żołnierzy AK, przy czym w ciągu paru dni dołączyło ich jeszcze ok. 10 tys. – często trafiając do przypadkowych oddziałów. Nie cała też zmagazynowana broń dotarła do powstańców. 7 lipca 1944 r. podjęto niezrozumiałą decyzję o wysłaniu do wschodnich okręgów AK dużej partii pistoletów maszynowych STEN i Błyskawica. Co więcej, w drugiej połowie lipca Niemcom udało się zlikwidować kilka konspiracyjnych magazynów broni. Utracono w ten sposób sporo granatów i miotaczy ognia. W wyniku działań hitlerowców utracono także kontakt z niektórymi magazynierami, którzy ukryli się w obawie przed wsypą. Z takiego właśnie powodu nie wykorzystano wielu pistoletów maszynowych i ok. 60000 sztuk amunicji do nich przechowywanych w magazynie przy ul. Leszno 18. Magazyn ten został ujawniony dopiero w 1947 r.

Nigdy już nie dowiemy się jaką naprawdę bronią dysponowali powstańcy 1 sierpnia 1944. Różne spisy są obarczone błędami a do tego część żołnierzy a nawet pododdziałów AK posiadała własną broń (ukrywaną nawet przed dowództwem). Do tego Armię Krajową wsparli, często przy sprzeciwie ich dowództwa, członkowie Narodowych Sił Zbrojnych – szacuje się, że walczyło ich nie mniej niż 2 tys. żołnierzy, ok. 800 osób wystawiła komunistyczna Armia Ludowa, a AL-owcy najbardziej liczyli na szybkie współdziałanie z Armią Czerwoną. Ok. 700 osób wystawił lewicowy Korpus Bezpieczeństwa, a od 120 do 500 centrolewicowa Polska Armia Ludowa. O ich uzbrojeniu wiemy bardzo mało.

Już w trakcie trwania powstania sztab okręgu próbował sporządzić zestawienie broni będącej w posiadaniu żołnierzy 1 sierpnia. Według płk Kirchmayera było to ok.1000 karabinów, 300 pistoletów maszynowych, 60 rkm, 7 ckm, 35 karabinów ppanc i PIAT-ów, 1700 pistoletów i rewolwerów, 25 tys. granatów głównie własnej produkcji. Moim zdaniem tej broni było trochę więcej, co nie zmienia faktu, że niemiecka przewaga była ogromna, przygniatająca.

Ryszard Nowosadzki

fot. pl.wikipedia.org

cdn

Z kraju i ze świata

loading...

Ciekawostki

loading...

Wydarzenie kulturalne

loading...

Sport w regionie

loading...

Gospodarka

loading...

Społeczństwo

loading...

Hyde Park

loading...

.

Internetowa Gazeta Regionalna

 

 

Adres redakcji:
21-010 Łęczna, Zofiówka 135 A
www.e-pojezierze.pl
e-mail: gazeta@e-pojezierze.pl

.

Redaktor

tel. 793 810 222
.
Biuro Reklamy
tel. 500 295 677